Silesia Adventure Race 2016

Tekst: Ola

Od zawsze starałam się aktywnie spędzać wolny czas. Bieganie, pływanie, jazda na rowerze. Dlaczego tego wszystkiego nie połączyć?

Razem z kumplem Michałem od jakiegoś czasu zastanawialiśmy się nad wzięciem udziału w rajdzie przygodowym. Chcieliśmy spróbować czegoś nowego i przy okazji dobrze się bawić.  Przeglądając różne strony dotyczące tego rodzaju imprez, natrafiliśmy na Silesia Adventure Race,  rajd w którym można było dokonać wyboru jednej z 4 rywalizacji: Extreme na 150 km, Open na 80 km, rower na 60 km i trekking na 30 km. Wybraliśmy Open na 80 km, bo był to rajd najbardziej urozmaicony (poza bieganiem, jazdą na rowerze można było spróbować swoich sił w kajakarstwie i orientacji w terenie) i polecany dla osób, które chciałyby rozpocząć przygodę z rajdami.

GSAR2016-Mapa

Przyjechaliśmy do Kuźni Raciborskiej w piątek wieczorem. Podczas odbioru  pakietów startowych zostaliśmy poproszeni o rzut kostką. Wypadła jedynka. Pani odnotowała ten fakt, kreśląc flamastrem znaczek „x” na ręku Michała.

Rano odbyła się odprawa. Zostaliśmy poinformowani o zasadach rajdu oraz dowiedzieliśmy się, że osoby które nie mają znaku na ręku biorą udział w tzw. Prologu. Celem prologu było odnalezienie w jednym z 4 wyznaczonych punktów mapy właściwej dla danej konkurencji i odnalezienia wszystkich wskazanych tam miejsc, aby docelowo otrzymać już mapę która miała nam  posłużyć na resztę naszej trasy.
GSAR2016

Start godzina 9. Prolog zaliczony. Rozpoczynamy naszą wyprawę od jazdy rowerem. Na tej trasie kolejność zaliczana punktów wyznaczonych na mapie jest obowiązkowa. W punkcie nr 1 tracimy najwięcej czasu. Szukamy miejsca wyznaczonego na mapie nie na tym skrzyżowaniu przecinek co trzeba. No cóż, to przecież dopiero początki naszej przygody z rajdami… GSAR2016-LasZa to kolejny cel – budowę hydrologiczną znajdujemy bez żadnych problemów.
GSAR2016-Las2Zadowoleni wyruszamy do kolejnego odległego stanowiska nr 3 – miejsca gdzie mamy odszukać drzewo na zachód od skrzyżowania dróg. Tracimy tu niestety trochę czasu, bo przejeżdżamy jedną ścieżkę za daleko i musimy zawrócić. Kolejny punkt odznaczony na naszej karcie, więc teraz jedziemy już do stanicy kajakowej „ Aktywni Rybnik”, gdzie czekają dla nas przygotowane kajaki. Pogodna jest cudna, więc z wielką przyjemnością wsiadamy do kajaka „na podbój” rzeki Rudy. Rzeczka jest wąska, płytka i bardzo meandruje. Mnóstwo tu poprzewracanych konarów drzew, które stanowią naturalne przeszkody na trasie naszego spływu. Postanawiamy trochę nadgonić stracony w punkcie pierwszym czas i wiosłujemy z wielkim zapałem. O dziwo, chociaż nigdy nie mieliśmy okazji pływać wspólnie w jednym kajaku,  wychodzi to nam niemalże doskonale. Jedynie w jednym miejscu natrafiamy na przewrócone drzewo na którym nasz kajak się zawiesza i przez chwile kręcimy się w kółko. Udaje nam się jednak bez zamoczenia pokonać tą przeszkodę i właściwie już bez większych trudności płyniemy do pomostu.
GSAR2016-KajakTu wysiadamy, przebieramy się, posilamy i rozpoczynamy trekking. Nadal planujemy nadgonić stracony czas. Staramy się cały czas biec. Naszym kolejnym punktem jest drzewo znajdujące się przy moście kolejowym (to miejsce znajdujemy bez problemów).
GSAR2016-PrzepakNastępny punkt – stacja kolei wąskotorowej, gdzie mamy do wykonania zadanie specjalne – przejazd drezyną. Szybko wykonujemy zadanie i ruszamy dalej. Szkoda, że musimy się spieszyć, bo miejsce to jest bardzo urocze. Mamy wrażenie jakby czas się tu zatrzymał. Z chęcią byśmy tu chwilę posiedzieli, aby dłużej nacieszyć się atmosferą tego miejsca. Niestety, czasu brak…
GSAR2016-KolejkaMusimy jak najszybciej zaliczyć kolejne punkty wyznaczone na mapie. Następnym z nich jest punkt nr 8, przecięcie strumienia przez drogę. Z odnalezieniem tego miejsca nie mamy większego kłopotu. Problem pojawia się przy odnalezieniu kolejnego stanowiska – drzewa na zachód od skrzyżowania dróg. Na tym odcinku trasy błądzimy, idziemy przecinkę lub dwie za daleko, musimy zawracać. Znowu tracimy sporo cennego czasu. Trudności mamy również przy odnalezieniu zakrętu rzeki. Tym razem skręcamy za wcześnie w las i musimy przedzierać się przez krzaki i zarośla aby dotrzeć do rzeki. Zakoli tu mnóstwo. Na szczęście z gps-u wynika, że meander który mamy odnaleźć ma charakterystyczny kształt, więc już wiemy w jakim kierunku rzeki podążać. Drzewo przy zakolu rzeki odnalezione, wracamy zatem do stanicy kajakowej, aby odebrać nasze rowery i wyruszyć w kolejną, tym razem nieco dłuższą, trasę rowerową.
GSAR2016-RowerZaczynamy kolejny etap naszej wyprawy. Jedziemy szybko, odnajdujemy bez komplikacji drzewo na wschód od ambony i dalej w energicznym tempie kontynuujemy naszą podróż. Za bardzo się rozpędziliśmy i minęliśmy ścieżkę, która prowadziła nas do kolejnego punktu wyznaczonego na mapie. Zawracamy, nadrabiamy drogi. Powoli zaczyna zmierzchać. Spotykamy tu parę, Darka i Alicję, z którymi kontynuujemy naszą wyprawę rowerem. Oni również mieli kłopoty z odnalezieniem tego miejsca. Jedziemy teraz w czwórkę, szukając kolejnej stacji, ambony znajdującej się na szczycie górki. Błądzimy, klika razy wjeżdżamy nie w tą ścieżkę co trzeba. W końcu odnajdujemy nasz cel i pomimo zmęczenia wchodzimy na szczyt górki, aby móc z ambony podziwiać panoramę okolicy. Szkoda że nie udało nam się tu dotrzeć wcześniej, bo widoczność przy panującym zmierzchu jest już niestety słaba.
GSAR2016-Ambona

Ruszamy dalej, aby zdobywać kolejne punkty. Znalezienie drzewa na szczycie górki okazuje się najtrudniejszym wyzwaniem na całej trasie rajdu. Mapy które otrzymaliśmy od organizatorów są sprzed 10 lat. Wiele się zmieniło, niektóre ścieżki zarosły, pojawiły się nowe przecinki. Michał z Darkiem porównują mapę z gps-em. Krążymy po okolicy. W końcu jesteśmy w miejscu, w którym, według naszej, wiedzy drzewo powinno się znajdować. Szukamy punktu głęboko w lesie, ale dalej nic. Jeszcze raz wsiadamy na rowery, jedziemy dalej, ale stwierdzamy, że za bardzo się oddalamy. Wracamy w to samo miejsce. Spotykamy tu koleją parę i teraz już w szóstkę chodzimy po lesie w poszukiwaniu drzewa na szczycie górki. Jest! Udało się! Punkt zdobyty. Jesteśmy wszyscy bardzo szczęśliwi, cieszymy się jak dzieci. Teraz ze spokojnym sumieniem możemy ruszać dalej, najpierw do drewnianego schronienia dla myśliwych znajdującego się przy wschodniej stronie jeziorka, a następnie do bazy zawodów, aby przebrać się i posilić.

Wychodzimy z bazy zawodów wraz z Darkiem i Alicją około godziny 21. To już nas ostatni etap rajdu, trekking (nocą ;-). Tu kolejność zdobycia punktów nie jest obowiązkowa. Zaczynamy od pozycji 24 – skrzyżowania rowów. Wchodzimy w las nie od tej strony co trzeba i z niemałym trudem odnajdujemy nasz cel. Czujemy się lekko znużeni, rozmowy powoli milkną. Nasi kompani rezygnują z dalszej trasy. Planują jedynie dotrzeć do punktu z zadaniami specjalnymi i wrócić do bazy. My nie poddajemy się.

Zmierzamy do kolejnego punktu.  Biegniemy, co chwila wpadając w błoto i kałuże. Mamy wrażenie, że zaliczenie tego odcinka rajdu zajmuje nam wieki. Pomimo, że znaleźliśmy kolejny lampion, czuję lekkie zniechęcenie i odczuwam wewnętrzny niepokój. Przecież znajdujemy się w nocy w ciemnym lesie… Michał chyba to wyczuwa, biorę się  więc w garść i w szybkim tempie docieramy do naszego kolejnego punktu – ruin dywizjonu rakietowego.
GSAR2016-NocTu musimy wykonać dwa zadania specjalne do wyboru. Michał wybiera wspinaczkę po ścianie za pomocą małp (przyrząd zaciskowy), a ja wejście po drabince na drzewo i przejście  po linie na wysokości do oddalonego o parę ładnych metrów ruin budynku. Mój przyjaciel wykonuje zadanie szybko i bez problemów. Ja czuję strach, ale nie odpuszczam. Wspinam się do góry dość sprawnie, a następnie, trzymając się górnej liny, powoli, krok po kroku przesuwam się, aby przejść na drugą stronę. Ufff… Docieram do celu. Lekko trzęsą mi się nogi i odczuwam silny ból w nadgarstkach, ale czuję się szczęśliwa. W chwili gdy chcemy już wyruszać, aby zdobyć kolejny cel, przypomina nam się, że musimy jeszcze odnaleźć w okolicy cztery kolejne miejsca zaznaczone na dodatkowej kartce. Zupełnie o tym zapomnieliśmy. Przed chwilą byliśmy zadowoleni, a teraz przeżywamy chwilę zwątpienia. Mamy dziwne wrażenie jakbyśmy stanęli w miejscu i wcale nie zbliżali się  do mety naszego rajdu.  Mobilizujemy się jednak i szybko odnajdujemy w ruinach bunkrów wszystkie cztery dodatkowe lampiony.

Jest już sporo po północy. Według naszych wyliczeń mieliśmy być w bazie około 3 nad ranem, ale wykonanie zadań specjalnych i odnalezienie dodatkowych miejsc zajęło nam zbyt dużo czasu. Staje się to zatem niewykonalne. Chcemy więc trochę przyspieszyć. Wybiegamy z lasu, mijamy zabudowania i kierując się w stronę rzeki odnajdujemy drzewo znajdujące się w pobliżu słupa wysokiego napięcia. Ten punkt odnajdujemy szybko. Czujemy się podbudowani. Znowu mamy chęć do walki. I walczymy dalej. Teraz musimy przedostać się na drugą stronę rzeczki, aby dotrzeć do przewróconej brzozy. Na mapie mostek nie jest zaznaczony, co nas trochę martwi, ale, na nasze szczęście, zaraz go odnajdujemy. Szukając dojścia do wyżej wymienionego punktu nagle zaczynamy się zastanawiać po co chodzimy wyznaczonymi drogami i ścieżkami zamiast chodzić na skróty.

Zaczynamy biec na przełaj przez pole i okazuje się, że dzięki tej decyzji skracamy drogę o 2-3 km. Dopiero w tym momencie poczuliśmy istotę rajdu. Ten pomysł, to spontaniczne działanie dodaje nam ogromnej energii do pokonania reszty naszej trasy. Wszystko teraz idzie sprawnie. Lampion przy korzeniu brzozy odnajdujemy bez kłopotu. Kolejny punkt przy mostku również. Skracamy teraz drogę najbardziej jak tylko możemy. Przechodzimy przez tory kolejowe aby znaleźć już ostatni lampion, który znajduje się na płocie ogradzającym młodniak. Kilkanaście metrów idziemy leśną ścieżką w głąb lasu. Szybko jednak orientujemy się, że zmierzamy nie w tym kierunku. Zawracamy i przedzierając się pomiędzy drzewami, odnajdujemy nasz ostatni punkt. Tu, o godzinie 3 nad ranem spotykamy drużynę z rajdu Extreme. To chyba jest również ich ostatni etap.
GSAR2016-End

Teraz pozostaje tylko dotrzeć do bazy zawodów. Idziemy na skróty przez gęsty las, aby jak najszybciej dotrzeć do drogi asfaltowej. Zostało nam do przebycia tylko parę kilometrów. Wysoki poziom adrenaliny i myśl, że jesteśmy już tak blisko celu wyzwala w nas taką dy energię, że resztę trasy pokonujemy biegnąc sprintem. Ostatecznie odmeldowujemy się ma mecie o 3:42 nad ranem. Wcale nie czujemy zmęczenia. Jesteśmy szczęśliwi. Dla takich chwil warto żyć. 

Grzyby

Gdzieś w necie trafiłem na fajne artykuły o Focus Stacking i łączeniu fotek z dodatkowym oświetleniem np. z czołówki.Pierwsza technika polega na łączeniu kilku zdjęć z płytką głębią ostrości w taki sposób, aby finalnie powstało zdjęcie z większym zakresem ostrości. Super paten na makro fotografie. Oczywiście pod warunkiem, że nic na zdjęciu się nie rusza.  Technikę z pewności wykorzystam również przy krajobrazach., Dzięki takiemu zabiegowi pierwszy i ostatni plan będą super ostre 😉

Grzyby

Drugi pomysł to połączenie zdjęć sklejanych w powyżej opisanej technice, a następnie wykorzystywanie oświetlenia z dodatkowych fotek. Oczywiście przed zrobieniem takich zdjęć, trzeba je zaplanować. Jaki kadr. Jakie tło, światło, kolory itd. No i rzecz jasna czym i jak oświetlić obiekty na dodatkowych ujęciach. Dziś była ładna pogoda, więc wybraliśmy się wspólnie do lasu na Wolicy. Grzybiarzy pełno. Tematem zdjęć miały być właśnie grzyby. Jak się później okazało, źródło światła w formie czołówki, to trochę za mało. Do tego musiałem kombinować prowizoryczne statywy. Co z tego wyszło można zobaczyć poniżej. To pierwsze próby. Przy okazji fajnie spędzony czas z rodziną. Polecam.

Grzyby

Grzyby

Grzyby

Mont Blanc 2016

Najwyższa góra w Alpach – Mount Blanc 4810 m.n.p.m. Planowaliśmy wyprawę na ten szczyt od jakiegoś czasu.
MB 2014 Wiedzę czerpałem z Internetu, relacji, filmów i forów. Technicznie wejście na szczyt „klasyczne” nie jest bardzo trudne. Najbardziej niebezpieczne miejsce to kuluar na podejściu między schroniskami. Jego nazwa to „rolling stones”. Bardzo trafnie, bo spadające tam kamienie załatwiły wielu wspinaczy. Z uwagi, że cały masyw jest parkiem narodowym i podlega ochronie, nie ma możliwości rozbicia namiotu, poza wyznaczonym miejscem. Jedyne takie jest zlokalizowane przy schronisku Tête Rousse na wysokości 3 200 m.n.p.m. MB 2014 Oczywiście, jest to specjalnie wymyślone, żeby wspinacze musieli skorzystać z noclegu w schronisku Goûter na wysokości 4 304 m n.p.m. Problem w tym, że nocleg tam kosztuje 90 EUR. Jak nie masz rezerwacji to jeszcze plus 25 EUR. Ta sytuacja bardzo utrudnia zdobycie szczytu. Poniżej opcje na sukces:

  1. Na bogato. Wjazd kolejką na Saint-Gervais-les-Bains. Potem tramwajem do Nid D’Aigle na 2372 m. Dalej podejście do schronu Tête Rousse. Nocleg. Podejście na wysokość 4 304 i nocleg w Goûter. Wejście na szczyt i powrót z noclegiem w którymś schronie. Zjazd na parking w Les Houches.
  2. Dla wytrwałych 😉 Podejście od parkingu do schronu. Nocleg pod namiotem. Przy dobrych warunkach jest możliwe wejście na szczyt i powrót do namiotu na nocleg. Taki plan mieliśmy. Inny patent to nocleg w namiocie. Podejście do Goûter. Tam można przeczekać do 22. Nocna wędrówka do bunkra Vallot na wysokości 4 362. Atak szczytowy o świcie. Powrót.

MB 2014Z samego rana wyruszyliśmy z parkingu. Spotkaliśmy tam innych Polaków, przygotowujących sobie śniadanie. Podejście było spoko. Nikogo na szlaku. Wszyscy korzystają z kolejki. My wolimy całość włoić sami. To darmowa wersja i sposób na aklimatyzację.
MB 2014Na górnej stacji kolejki spotkaliśmy kolejną grupę Polaków. Poszli na tramwaj. My wzdłuż torów. Optymalne rozwiązanie. Jest wyłącznie podejście i nie traci się wysokości. Na końcu trasy jest tunel. Można go obejść z boku, lub grzać środkiem z opcją spotkania z kolejką. Od stacji zaczyna się śnieg. Temperatura też spada. Zakładamy raki i zaczynamy długie podejście. Słońce pali niemiłosiernie. Czapka z daszkiem i krem nic nie dają. Do tego zalewa nas pot. Droga skręca w prawo i zaczyna się strome podejście pod Tête Rousse.
MB 2014Na miejscu widzimy sporo namiotów. Okopujemy się i rozbijamy namioty. Nagle słychać krzyki. Kuluarem pod Goûter schodzi lawina. Grupa alpinistów próbuje uciec. Udało się. Po nich schodzi kolejna grupa. Czają się. Nie ma śladów i leży dużo świeżego śniegu. Nagle schodzi kolejna lawina. Jeszcze większa od poprzedniej. Na szczęście im również się udało. Było blisko tragedii. Cały czas było zimno. Teraz pogoda się poprawiła i słońce stopiło sporo śniegu. Idealne warunki na lawiny. Koniec atrakcji na dziś.
MB 2014Robimy kolacje, topimy śnieg na wodę. Słońce zachodzi i robi się zimno. Co jakiś czas dobiegają nas odgłosy kolejnych lawin. Takie dźwięki budzą nas też w nocy.
MB 2014Rano pogoda, zgodnie z prognozami, kiepska. Pada. Mieliśmy w planach przeczekać ten dzień i wyjść w nocy w górę. Okazuje się jednak, że nikt jeszcze nie zdobył szczytu. Nie da się tam dotrzeć. Nic nie jest przetarte. Do tego bardzo dmucha i schodzą lawiny. Potwierdzają to wszyscy schodzący z Goûter. Czyli kicha. Możemy wejść na Goûter, a potem i tak trzeba się wycofać. Postanawiamy, że w takiej sytuacji czekamy do jutra, jak poprawi się pogoda to schodzimy…
MB 2014Jednak trzeba przyjechać tu we wrześniu, kiedy nie ma już tyle śniegu, a trasa na szczyt jest przetarta. Gdyby była jakaś realna szansa na wejście, z pewnością byśmy spróbowali. Tu schodzili tak wytrawni łojanci i nikomu się jeszcze nie udało. To jak z motyką na księżyc. Nie było sensu. Przespaliśmy noc w namiotach. Rano wyruszyliśmy w dół. Był mróz. Śnieg był twardy. Mieliśmy nadzieje, że będziemy schodzić w cieniu i unikniemy dalszego poparzenia słońcem. Nic z tego. Słońce paliło jak diabli. Brakowało nam wody. Ratowaliśmy się strumieniem. Po południu dotarliśmy na parking.
MB 2014

Moje rady na Blanka:

  1. Dobre przygotowanie kondycyjne wymagane.
  2. Rozważyć opcje skorzystania z wyciągu i tramwaju (duża oszczędność czasu, możliwość wniesienia większej ilości zapasów np. wody, no i mniejsze zmęczenie)
  3. Zabrać sporo wody.
  4. Kremować się i unikać słońca. Bąble od poparzenia to standard.
  5. Jechać w czasie, kiedy szlak na szczyt jest już przetarty.
  6. Miałem ślad trasy wgrany na telefon. Gdyby pogoda się załamała, miałem narzędzie na odnalezienie drogi.

Na zakończenie zapraszam na film z wyprawy. Uwaga; niecenzuralne słowa.

Choinka 2015

Już drugi raz ubieramy wspólnie z Lenką choinkę. Radochy przy tym sporo. Pamiętam czasy kiedy to naprawdę robiło wrażenie. Dekoracje robiło się ręczenie. To był czas,kiedy można było zjeść pomarańcze, banany, czekoladę itd.  Człowiek na to czekał cały rok. A do tego prezenty. Teraz wszystkiego jest pełno. Dzieciaki nie cieszą się, jak kiedyś my. To od starszych zleży, żeby ten czas był inny i zapamiętany przez małych.  Sprawdza się pewna prawda; wszystkiego pod dostatkiem, a daje to mniej radochy. Własnie dlatego że, to jest tak dostępne.

Poniżej krótki film z ubierania naszej choinki.


Choinka 2015 przez Bikermount

Modelka

Czas szybko mija. Lenka rośnie. Teraz, kiedy można się z nią normalnie dogadać, jest łatwej się skomunikować. Okazuje się, że jest też świetnym obserwatorem. Umie pozować. Wykonuje polecenia, a do tego sprawia jej to radochę. Oczywiście trwa to krótko. Potem zaczyna ją to nudzić. ale zawsze… Ogląda zdjęcia cieszą ją pochwały. Dzięki temu jest coraz pewniejsza i stara się ustawiać. Poniżej kilka fotek z ostatniego tygodnia. Ile to było kreacji; wróżka, sukienka, jeansy, z gitarą, w płaszczu…

Mnie to bardzo pasuje i uwielbiam to robić. A ona… No cóż, przynajmniej będzie miała pamiątki.  Za naszych czasów nie było aż takich możliwości. Zdjęcia się robiło na wakacjach, oczywiście jak ktoś dysponował aparatem. Sesje to tylko z bardzo ważnych okazji typu, komunia, zakończenia roku szkolnego (grupowe) itd.

GS 2014
GS 2014
GS 2014
GS 2014
GS 2014
GS 2014
GS 2014

Fantasy

Udało mi się ostatnio zrobić sesje z moją modelką – Lenką 😉 Miałem też chwilę czasu, żeby zrobić ze zwykłego zdjęcia coś innego. Ostatnio Lenka jest na etapie wróżek, zamków itd. To było wyznacznikiem jaki ma być motyw obrazka. Potrzebne zdjęcia do zmontowania znalazłem w sieci, głównie na deviantart.com. Reszta to już zdobyta wiedza i masa tutoriali na youtube. Mam oczywiście zamiar zrobić więcej takich zdjęć i stworzyć kolekcję „Lenka Fantasy”. Efekt pierwszego obrazka możecie zobaczyć poniżej.

GS 2014

StopMotion

Pewnie pamiętacie z dzieciństwa bajki typu Miś Koralgol, Plastelinki, Miś Uszatek itd. Ich wspólną cechą była animacja poklatkowa (stop motion). Nie było komputerów, efektów specjalnych i tym podobnych udogodnień, z których dziś korzystają twórcy filmów i bajek. Jednak animacja poklatkowa wcale nie jest łatwą sprawą. Trzeba animować każdą klatkę osobno. Każdy ruch, każdy element w scenie. A w filmie jest 24 klatek na sekundę. Łatwo przemnożyć to przez długość filmu / bajki, żeby zdać sobie sprawę ile to roboty. Okazuje się, że Polacy są znów jednymi z najlepszych. Warto zobaczyć, co robi nasz SE-MA-FOR.

Sam postanowiłem sprawdzić jak to wygląda w praktyce. Kupiłem ludzika, któremu można zginać kończyny, obracać głowę itd. Poniżej dwa bardzo krótke filmiki, które zrobiłem w weekend. Stwierdzam, że po pierwsze jest to bardzo pracochłonne i dość trudne. Można też lączyć animację poklatkową z kompozycją w programch do edycji, dodawać efekty i tła. Możliwości jest bardzo dużo. Może coś wymyślę i zrobię 😉 Uważam jednak, że jak ktoś jest dobry w modelowaniu i animacji 3D, to łatwiej tam uzyskać realistyczne animację niż w animacji poklatkowej. Kiedyś jak nie było grafiki komputerowej, większość efektów powstawało właśnie w taki mozolny sposób; Terminator, Gwiezdne Wojny i wiele innych.

Jeśli kogoś interesuje taka zabawa, to piszcie. Pamiętajcie takie animacje można robić nawet za pomocą smartphona.

Sin City

Niesamowite jak bardzo technika się zmieniła. To co kiedyś było zarezerwowane dla hollywoodzkiej superprodukcji, dziś dostępne jest dla zwykłego śmiertelnika. Oczywiście w sensie dostępnych narzędzi i mocy obliczeniowej. Nadal wymagana jest wiedza, doświadczenie i pojęcie o fotografii, filmie i montażu.

Namówiłem Kaśkę na mały test. Chciałem odtworzyć efekt z Sin City. Film ma fajny komiksowy klimat. Nie chodziło mi tylko o zasymulowanie pojedynczego koloru na czarno-białym tle. Zależało mi na umieszczeniu Kaśki w świecie Sin City. Nagrałem ujecie na tle greenbox przy naturalnym oświetleniu. Żeby dobrze wyizolować postać nagrałem materiał w RAW dzięki Magic Lantern. Dodałem widok miasta, niebo no i deszcz. Jasne. Ruch nie jest dopracowany, bo Kaska powinna faktycznie opierać się o barierkę. Bez tego na filmie widać, jak ręce pływają zamiast trzymać sztywno barierkę. Ale nie to było celem. Najważniejsze było sprawdzenie czy się da. Da się 😉 Teraz mogę robić różne rzeczy.

Zugspitze 2015

Dziewczyny wyjechały nad morze, więc ja miałem okazję wyrwać się na trochę w góry. W zeszłym roku nic się nie udało w tym zakresie zrobić. Tym razem wybraliśmy Zugspitze. Najwyższy szczyt Niemiec 2962 m npm. No i najbliższy. Z Kalisza to około 930 km przez Niemcy. Jasne. Można było pojechać w Słowackie Tatry, ale o tym szczycie już kiedyś myślałem i chciałem na niego wejść. Zebraliśmy nasze graty i wyjechaliśmy. Droga minęła spokojnie. Jedynie przez Monachium trzeba było się przebić do autostrady na Garmisch-Partenkirchen. Wieczorem dotarliśmy do darmowego parkingu pod kolejką na Alpspitze. Zjedliśmy kolację i poszliśmy spać.
GS 2014Rano obudziło nas słońce. Super! Pakujemy się. Okazało się, że plecaki są, z resztą jak zwykle, za ciężkie. Nie ma bata. Trzeba coś z tym zrobić. Odpadły gary, butla z palnikiem, część żarcia i lustrzanka z osprzętem. Nagra się wszystko z komórki. Na nieszczęście okazało się, że nie działa ładowarka słoneczna. Kiepsko. Mam na szczęście drugą komórkę na wypadek, gdyby coś się stało. Ruszyliśmy. Plecaki wcale nie były jakieś dużo lżejsze. Lasem dotarliśmy do wejścia do parku. Opłata za osobę 4 EUR. Bardzo ładnie usytuowana knajpka skutecznie powstrzymywała turystów do dalszej wędrówki. GS 2014Przeszliśmy przełomem do doliny. Żadnych schronisk. Jedno co prawda było, ale w remoncie. Turystów też brak. Świetnie. Całe góry dla nas. Dotarliśmy do ściany. Tu rozdzielały się szlaki. Nasz prowadził via ferratą. Zaczęły się od drabinki. Ciekawe było również przejście po metalowych kółkach (na filmie widać, o co chodziło). Potem było niezabezpieczone podejście po skałkach. Wcale nie takiej proste, jak się później okazało. Dalej powitały nas kozice. Było ich pełno i wcale się nas nie bały.
GS 2014Koło godziny 16 dotarliśmy do lodowca. Na szczyt wejść i zejść nie zdążymy. Jeszcze z tymi ciężkimi plecakami. Mało prawdopodobne. Poza tym chcieliśmy spać w górach. Tylko gdzie? Same skały, kamienie i zajebiście stromo. Żadnego płaskiego miejsca na namioty. Trudno. Nie będziemy przecież wracać do doliny. Poszukaliśmy odpowiedniego miejsca i zaczęliśmy mozolną pracę z układaniem kamieni. Ponad godzinę próbowaliśmy wyrównać podłoże pod namioty. Na kamienie poszły karimaty, a na nie dopiero namioty. Efekt był zaskakujący. Wygodniej niż w samochodzie. Kolacja przy lodowcu i spać. Zasnęliśmy około 19. O 23 się obudziłem. Cisza. Tylko wiatr, spadając kamienie i kozice. Okazało się, że Piotr też nie śpi. Trochę pogadaliśmy, sikanie i spać. Udało się.
GS 2014Obudziliśmy się o szóstej rano. Spakowaliśmy namioty, śpiwory i pochowaliśmy wszystko między kamieniami. Teraz możemy ruszać na lekko. Pamiętałem z prognoz, że pogoda ma się załamać popołudniu. Ruszyliśmy. Lodowiec pokonaliśmy bez większych problemów. Było dość stromo. Dotarliśmy do Via ferraty. Zaczynała się znów drabinką. Trzeba było kawałek się wdrapać, zanim można było się wpiąć. Wspinaczka nie sprawiała większych problemów. Było jednak kawałek do szczytu. Wdrapaliśmy się. Obowiązkowe foty przy krzyżu. Oczywiście słychać było polski. Większość wjeżdża i zjeżdża kolejką. Idą do krzyża w klapkach żeby sobie zrobić fotkę. Zaczął prószyć śnieg. To oznaczało, że pogoda może się załamać wcześniej. Zeszliśmy do knajpy żeby się osuszyć i wypić piwo. Niestety nikt nie miał ładowarki. No bo, po co? Na wjazd i zjazd bateria starczy.
GS 2014
GS 2014Po krótkiej przerwie zebraliśmy szpej i zaczęliśmy schodzić. Zrobiło się zimno. Po drodze spotkaliśmy kilku wędrowców. Wszyscy zjadą kolejką. Tylko my schodziliśmy. Dotarliśmy do lodowca. Z oddali dobiegły nas grzmoty. Zaczęło padać. Trzeba było szybko zbiegać z otwartej przestrzeni. Udało się. Odnaleźliśmy nasze namioty. Przepakowaliśmy plecaki i w drogę. Zaczęła się ulewa. To co wcześniej było łatwą wspinaczką, teraz zamieniło się w walkę z potokiem wody na skałach i utrzymaniem równowagi. Woda lała się zewsząd i za diabła nie chciało zelżeć. Nie było innej drogi tylko w dół. Nie było tez opcji żeby w tych warunkach rozbić namioty. We mgle zamajaczyła pierwsza poręczówka via ferraty. Przypięci do niej byliśmy dużo bezpieczniejsi.  Woda lała się po drabince, ubezpieczeniach. Wpadała za kurtkę. Po jakimś czasie zeszliśmy do doliny. Jak na złość przestało padać, nawet chwilami pojawiało się słońce. o 19 dotarliśmy do wejścia do parku. Nie zapłaciliśmy za bilet. Za to kupiliśmy sobie po piwie. Znów zaczęło padać. Zeszliśmy do miasta. Jeszcze kawałek do parkingu. Nagle zeszły się burze i zaczęło walić. My na środku pustego pola. Przyspieszyliśmy i przed najgorszą ulewą dopadliśmy do samotnego samochodu na parkingu. Będziemy żyli. Rozłożyliśmy śpiwory i w kimę. Rano się wypogodziło. Wywiesiliśmy nasze mokre ciuchy, zjedliśmy śniadanie i w drogę do domu…
GS 2014