VI (Ultra)Maraton Karkonoski

Piątek 01-08-2014 r. Koniec pracy. Teraz szybko coś zjeść i jedziemy. Tym razem tylko w dwójkę (ja i Piotr – Samuraj). O 21 jesteśmy w Szklarskiej. 18 stopni i mżawka. Odbieramy pakiety. Pytam o pogodę na sobotę. Ma być słonecznie i 25 stopni. O 14 przewidują burzę. Mamy do pokonania 46,7 km ze Szklarskiej spod wyciągu na szczyt Śnieżki i z powrotem. Zjeżdżamy kawałek na bezpłatny parkin. kilka ekip już jest. Rozkładamy śpiwory, kolacja i w kimę.

Ranek jest pochmurny. Robię śniadanie. Załatwiamy nasze potrzeby i idziemy na start.
GS 2014

Tam już cała masa świrów. Wybija 8:30. Ruszamy. Początek to podbieg 6,5 km do Śnieżnych Kotłów z limitem czasu 1:20 h. Poniżej profil całej trasy.

GS 2014Biegniemy wzdłuż wyciągu. Potem skręcamy na szutrową ścieżkę. Dalej zaczyna się szlak turystyczny. Tu już nie biegniemy. Pierwszy bufet. Piję wodę i dalej w górę. Nie można odpuszczać, bo czas leci. Słyszę, jak chłopaki, którzy łamią 3h w maratonie zaczynają narzekać, a to dopiero początek.
GS 2014Docieram do Śnieżnych Kotłów. Wieje zimny wiatr. Chłodno. Biegnę. Teraz zaczyna się zbieg po kamieniach. Mimo, że są równo poukładane, część się chybocze. Jeszcze trochę i wbiegamy na (szok) asfalt. Do tego nadal się zbiega. Tu można trochę nadrobić. Śmigam, ale ze świadomością, że energia będzie mi jeszcze potrzebna na powrót. Docieram do następnego  bufetu. Kilka kubków i podejście. Trasa niby jest dość płaska, ale problem stanowią te cholerne wystające kamienie. Każdy inny i ułożony w inną stronę. Co chwile się ktoś o nie potyka. Trzeba mieć doświadczenie żeby po tym biec. Ja na przemian idę i biegnę. Ciężko. Słabo to widzę.
GS 2014W oddali pojawia się Śnieżka. Ja pierdziele, jak to daleko. Wciągam kolejnego żela. Dopada mnie moje przekleństwo. Zaczyna mnie ściskać. W głowie mam tylko jedną myśl; dotrzeć do schroniska przed Śnieżką. Niestety nie mogę biec tak jakbym chciał. Przy schronisku spotykam Piotra. Już wraca ze szczytu. Nieźle. Wpadam do środka. Przed kiblem siedzi gościu i bez kasy mnie nie wpuści. Co za wiocha. To że biorę udział w biegu nie ma znaczenia. Kurwa! Muszę ściągać plecak i szukać 2 PLN. Mam. Wchodzę. Załatwiam co trzeba i w drogę. Teraz to zupełnie co innego. Wyprzedam innych na podejściu. Między łańcuchami jest pełno turystów, którzy utrudniają dotarcie do szczytu. Jest. Wreszcie! Zatrzymuje się na  chwilę. Zjadam coś i zastanawiam się, czy się wyrobię. Do tego czuje kolano.

No nic. Innej możliwości nie ma trzeba wrócić do samochodu, a to najszybsza droga 😉 Muszę dać radę. Zbiegam. Wyprzedam innych więc nie jest tak źle. Przy schronisku wypijam kilka kubków i uzupełniam camelbak. Puki jest dobra nawierzchnia muszę biec. Na płaskich odcinkach nadrabiam. Znów te kamienie. Istny tor przeszkód. Mijam górą Mały i Wielki Staw. Klika razy wykręcam kostkę. Na szczęście robię krótkie kroki i zdążam kontować drugą nogą. Jeb. Przywaliłem paluchem w kamień. Za mało podniosłem stopę a on ani drgnął. Całą nogę do palucha aż do biodra przeszył ból niczym porażenie prądem. Stop! To ma być przyjemność, a nie samookaleczenie. Jestem słaby. Zjadam kolejnego „dopalacza” i ostrożniej przesuwam się naprzód. Docieram do punktu kontrolnego i asfaltu. Tu pobiegnę. Ciężko.
GS 2014Nogi sztywne, ale biegnę. Znów odrabiam straty. Po chwili kończy się zbieg i zaczyna się podejście pod Wielki Szyszak. Nie da się tu biec. Niektórzy mają problemy z podejściem. W oddali majaczy stacja przekaźnikowa przy Śnieżnych Kotłach. Przez to podejście wypiłem cały zapas wody. Słońce pali przez cały czas. Jest gorąco. Jeszcze wejście po kamlotach i jesteśmy. Trzeba biec. Zmieszczę się w limicie, tylko muszę biec. Biegnij. Obolałe i sztywne nogi podrywają się. Biegnę. Znów wyprzedam. Czyli jest zapas. Zbieg do ostatniego bufetu to istne przekleństwo. Stromo i kamienne stopnie. Po 40 km w nogach to jest wyzwanie żeby po tym zbiegać. Zaciskam zęby. Przecież im szybciej to pokonam, tym szybciej skończy się ta walka. Docieram do bufetu. Wypijam 5 kubków wody i izotonika. Jeszcze zapas do camelbaka. Dziewczyna polewa mi kark wodą. To jest to! Jest moc! Nagle ktoś się przewraca. Facet wstaje i bluźni, że nie ma siły. Dziewczyna, która polała mi kark, nagle krzyczy że ktoś padł kilka metrów za bufetem. Leży. Podnosi rękę i  pokazuje że wszystko OK. Ruszam. Po drodze mijam jeszcze kilka osób na ziemi. Jedzą żele i czekają na powrót odrobiny siły. Pytam czy potrzebują pomocy. Nie tylko czasu na odpoczynek. Na szczęście to blisko punktu więc są bezpieczni. Zaczynam finisz. Już tylko 5 km. Mocy przybywaj. Mam zapas, który teraz mogę wykorzystać. Powoli biegnę coraz szybciej. Nogi, jak tłoki w silniku Titanica, zaczynają przyspieszać. W oddali pojawia się zawodnik. Dawaj! Goń go! Przyspieszam. Jest. Teraz kolejny. I jeszcze kilku.
GS 2014Ostatniego dopadam  kilka metrów przed metą. Koniec. Cel osiągnięty. Zasłużony medal i radocha z satysfakcją.

Poprawiłem czas z Maratonu Gór Stołowych o ponad 1h. Oczywiście tu było o 3 km krócej, ale czy łatwiej. Nie sądzę. Wolę biegać po leśnych ścieżkach niż po kamieniach. Na mecie czeka Piotr. Wciągamy makaron z sosem odpoczywamy i wracamy do samochodu żeby się chwilę wyciągnąć. Wieczorem jeszcze piwko. „Cała” Szklarska chodzi w koszulkach z maratonu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *